Terminy. Jak to z nimi jest naprawdę?

Dodane przez | 13 czerwca 2011 o godzinie 09:51 | 5 komentarzy | Okiem programisty, To skomplikowane! | Tagi: , ,

Powiedzmy sobie szczerze – mało kto z nas ma w kwestii przekraczania terminów czyste konto. Spotkaliście się z terminem, którego nie dało się naciągnąć? Mimo, iż nasze życie jest zasadniczo oparte o wyznaczone daty, często okazują się one być ruchome. Co gorsza, terminy zwykły zachowywać się jak domino, w momencie gdy pada jeden – lecą wszystkie!

Jakich terminów nie dotrzymują klienci?

Moje doświadczenie podpowiada mi, iż klienci  często nie dotrzymują dat związanych z opłacaniem faktur, przesłaniem materiałów oraz terminem spotkań. Dla mnie to taka wielka trójca grzechów terminologicznych klienta.

Tak! Przelew już wyszedł –  trochę późno, ale…
…księgowa pojechała na wakacje, a my czekamy na opłacanie FV przez klienta. Termin opłacania faktur to niemal codzienna bolączka webdesignera. Przekraczanie tego terminu przez klientów bywa bolesne, zwłaszcza gdy jest to nasze jedyne źródło dochodu. Frustracja może sięgać zenitu, gdy mamy sporo gotówki w nieopłaconych fakturach, a nadal żyjemy z oszczędności.

Jutro wyślemy materiały. Naprawdę
Możemy wyznaczać ścisły termin przekazania materiałów w umowie, możemy prosić, dzwonić, nękać. W przypadku niektórych klientów, przesłanie materiałów jest procesem bolesnym, który powinien być odkładany w czasie. Niestety niekiedy nie da się „ruszyć” z pracami bez materiałów, nie do wszystkiego można zastosować „zaślepki”. Często w parze z opóźnianiem wysyłki materiałów, idzie wymóg ostrego tempa prac, a obok ich wesoło podśpiewuje termin, którego my przekroczyć nie możemy. Na nic tłumaczenia, że materiały dostaliśmy tydzień po czasie. My mamy być punktualni.

Musimy przełożyć spotkanie
Poślizgi w czasie płatności czy małe opóźnienie przy wysyłce materiałów potrafię zrozumieć. Jednak przekładanie/odwoływanie spotkań, na 15 minut przed, jest dla mnie oznaką braku szacunku. Umawiamy się na spotkanie. Potwierdzamy datę i godzinę. Człowiek jedzie przez pół miasta lub odwołuje inne prace w biurze, przekłada inną rozmowę. Jednak 15 minut przed spotkaniem klient dzwoni i odwołuje spotkanie. Kiedyś dostaliśmy taką informację nawet via e-mail. Niepoważne? Owszem.

Wyścigi Grand Prix Webdesignu

Szybko, szybciej, teraz!
Klient wymaga maksymalnego tempa prac. Spieszy się  z otwarciem strony firmowej lub portalu, a czas goni. Data oddania nie przewiduje żadnych opóźnień czy potknięć, a nam nawet przez myśl nie powinno przejść nieśmiałe pytanie o kilkudniowy poślizg. Pracujemy zgodnie z radzieckim drylem, wyrabiając 200% normy. Czasami chętnie byśmy jeszcze dopracowali detale, czasami uda się wszystko dopiąć na ostatni guzik. Ufff, udało się! Teraz pozostało nam czekać na oficjalną premierę naszego dzieła.  Jednak ku naszemu zdziwieniu premiera została przesunięta o tydzień. Potem o drugi. I trzeci. Z niedowierzaniem spoglądamy na kolejne przesunięcie, tym razem o miesiąc.

Okazało się, że cała ta gonitwa była zupełnie niepotrzebna, gdyż czas się jednak znalazł. A my czujemy się trochę oszukani. No to jak? Był ten czas, czy nie? Zawsze uważałam, że nasz fach to w 95% czyste rzemieślnictwo. Jednak czasami brakuje tej iskierki, minimalnej dawki natchnienia, która pozwoli nam ruszyć do pracy, czując że startujemy z naprawdę ostrej górki. Często kończymy przez to dosłownie za pięć dwunasta, gdy termin zaczyna już pukać (Ba! Nawet walić!) do naszych drzwi. Dostajemy lekkiej zadyszki, ale z zadowoleniem oddajemy projekt na czas – no w miarę na czas :). Celem udobruchania poirytowanego klienta, którego to nagli czas,  udzielamy rabatu lub raczymy go bezpłatnym projektem wizytówek.

Przeterminowane projekty
Jednak, gdy przez kolejne tygodnie podglądamy adres strony, na którym powinno widnieć nasze dzieło, a naszym oczom ukazuje się beznamiętne „Projekt ruszy niebawem”, przestajemy się czuć zwycięzcą. My daliśmy z siebie wszystko, a nasz partner po prostu zasnął w bloku startowym.

 

Na ile wyceniasz godzinę swojego życia?

Przekraczanie terminów to w naszym życiu często norma. Trzeba nauczyć się z tym żyć. Jednak najbardziej irytuje mnie fakt, gdy niektórym wydaje się, że nasz czas jest mniej warty.  Dwie godziny brutalnie wyrwane z życiorysu, które byliśmy zmuszeni spędzić w korku, mogą zostać skwitowane zwykłym „Sorry, jednak teraz nie mogę. Umówmy się na jutro”. Natomiast za projekt oddany godzinę po terminie, często musimy bić się w pierś, przepraszać i dorzucać coś ekstra. Najwidoczniej dla niektórych godzina z życia webdesignera nie ma zbyt dużej wartości – w końcu nasz klient nasz Pan.

O autorze:

Sandra

Na co dzień zajmuje się projektowaniem stron www, identyfikacją wizualną i kodowaniem. Charakteryzuje się wysoką impedancją względem poprawek. Chętnie wykorzystuje potencjał kofeiny i cukrów celem zwiększenia swoich mocy przerobowych.

5 komentarzy

  1. torpedo (9 rok temu)

    Webdesignem zajmuję się dopiero od kilku miesięcy, i moje dotychczasowe projekty były w dużej części bezpłatne w celu budowania portfolio… mimo takich naziwjmy to „korzystnych” dla klienta warunków, już nieraz spotkałem się z opóźnieniami ze strony zleceniodawcy…nie, zaraz, inaczej, tylko raz spotkałem się z wysoką punktualnością klienta! 😉
    A te przeciąganie terminów w przesyłaniu materiałów, brak feedbacku, oczekiwanie całymi dniami na e-mail ( w sytuacji gdy się dopiero zaczyna i nie ma dużo tych zleceń)…to potrafi wku…rzyć.

    Gdy zaczynałem myśleć o tym by zająć się webdesignem…to nawet bym nie pomyślał że kontakt z klientem moze być czasem…a raczej zazwyczaj JEST tak trudny.
    Aż boję się pomyśleć, co będzie gdy już zacznę trafiać na klientów którzy nie będą chcieli płacić 😉 [ podobał mi się Wasz artykuł na ten temat]

    Z drugiej jednak stropny, nie traktujmy każdego nowego klienta jak potencjalnego złodzieja, patrząc przez pryzmat poprzednich doświadczeń, bo sami swoim zachowaniem możemy doprowadzic do pogorszenia relacji.

    • Sandra (9 rok temu)

      Jasne, że traktowanie każdego klienta jako potencjalnego źródła problemów i wszelkiego zła, nie powinno mieć racji bytu. Jeżeli klient jest fair, tekst może potraktować jedynie jako ciekawostkę :). To nie jest tak, że klienci są z natury źli, po prostu blog opisuje te „trudniejsze” relacje.

      Często jednak możemy obserwować dysproporcję w ocenie zachowania własnego i tej drugiej strony. Jakoś tak się przyjęło, że Zleceniobiorca musi się kajać, a Zleceniodawca może się wykpić zwykłym „sorry”. Nie podoba mi się taki stan rzeczy, bo chcę być partnerem w biznesie, a nie niewolnikiem :).

      Cieszę się, że podobał Ci się tekst o tym, co robić gdy klient nie płaci. Mam nadzieję, że spodobają Ci się również następne.

  2. Cezary Tomczyk (9 rok temu)

    Nierzadko stosowanym rozwiązaniem przez nas jest dzielenie projektów na etapy i stosowanie takiego paragrafu w umowie, który mówi, iż faktury są wystawiane po każdym etapie. Co więcej, jeśli klient w ciągu 14 dni od zakończenia danego etapu nie zgłosił żadnych uwag, a wykonawca zrealizował te prace, które udało się wykonać na bazie dotychczasowych materiałów, to faktura jest również wystawiana. Chodzi o to, aby zabezpieczyć się na wypadek „przeciągania w nieskończoność” projektów z różnych powodów. Z reguły klienci „budzą się” przy 70% realizacji projektu, że „tyle już zapłacono, a efektów nie widać.”. To nie nasz problem, że klient nie ma czasu znaleźć chwili na materiały, które są nam potrzebne. A za gotowość też się płaci.

    Z drugiej strony, jeśli my jako wykonawca przeciągamy termin z różnych powodów (np. stopień skomplikowania zadania zwiększył się, co początkowo nie dało się przewidzieć), to realizujemy na własny koszt czasowy (i finansowy), ale też do pewnych granic zdroworozsądkowych. Czasem taniej będzie zerwać umowę, niż ją kontynuować.

    • Sandra (9 rok temu)

      Dzielenie projektów i wystawianie Faktur cząstkowych to fajna sprawa. Jednak nie da się tego (z powodzeniem) zastosować przy mniejszych projektach. Przynajmniej sobie tego nie wyobrażam :). My również mamy zapis, mówiący o „automatycznej” akceptacji, jeżeli klient nie zgłasza uwag do pracy.

      „Za gotowość też się płaci” – Ot, co! Gdyby przestoje były darmowe, to mogłoby się okazać, że zarabiamy tylko na połowę tego, co wydajemy w miesiąc na życie, bo reszta czasu to oczekiwanie na reakcję klienta. To jest czas, którego nie wypełnimy innym zleceniem, gdyż nie wiemy czy klient przeciągający termin nie odezwie się jutro.

  3. Kanze (8 rok temu)

    Klasyczne historie 🙂 Każdy musi wypracować swoje sposoby. Ja np. od jakiegoś czasu nawet nie zaczynam pracy dopóki nie mam pełnych materiałów – często klienci nie dosyłali ostatnich fotek, tekstów i prosili o to, aby zacząć już dzisiaj a oni doślą je jutro i…
    Ponadto o ile to możliwe (projekty bywają różne) spisuję harmonogram prac, dzielę etapy i zaznaczam te, które mają jakieś newralgiczne części, aby klienci też wiedzieli za co są odpowiedzialni.
    pozdr

Komentarze → Cezary Tomczyk

© 2011 Web Designer Magazine. All rights reserved.